Jan (John) Zamora – niezapomniane dzieciństwo

Jan (John) Zamora – niezapomniane dzieciństwo

Jan (John) Zamora – niezapomniane dzieciństwo


Spotkałem się dziś (14 października 2023) z Janem Zamorą, który opowiedział mi niezwykłą historię swojego życia. Wszelkie informacje, które znajdą państwo w poniższym tekście, są niezmienione i przekazane dokładnie tak, jak Jan Zamora je opowiedział i przedstawił.
Jan John Zamora urodził się w 1928 roku w Polsce i kiedy opowiada swoją historię ma 95 lat. Niedawno przeszedł operację serca, ale jego stan zdrowia jest dobry. Aktualnie mieszka w Melbourne w Australii. Zapraszam do lektury.

Upływał czas, kiedy nadchodziły wieści, że Niemcy chcą zaatakować Polskę, ale ukazały się też pocieszające i pełne wigoru, że my nie damy nikomu ani płaszcza, ani guzika. To znaczyło, że można byto spokojnie spać. Nadszedł pamiętny 1939 rok, na dworze piękna, gorąca jesień. Miałem wtedy jedenaście lat. To wtenczas gdzieś, jakby blisko słychać potężne wybuchy, coś nieznanego dla ucha. Będąc w domu, wybiegłem razem z mamą na podwórko. Ale te eksplozje dochodzą gdzieś z dala. To Niemcy bombardują fabryki w niedalekim od nas miasteczku, Myszków.
"Wojna”, szepnęła mama. Chwyciłem ją za rękę, jeszcze nic nie rozumiałem. To właśnie te potężne, nie widoczne przez nas odgłosy na nasz kraj otworzyły piekło. Wkrótce zobaczyliśmy jego działania, zatłoczone drogi z wystraszonymi i nieprzytomnymi ludźmi, konie i wozy pędzące gdzieś na wschód, bez jakiegokolwiek celu. W rozpaczliwej niewiedzy co się wokół nich dzieje, strach niewidoczny i trwoga działa na ludzi jak hipnoza i nam się udzieliła. Patrzyłem, jak tata ładuje na wóz jakieś klamoty, pierzyny itd. Ale ile i co można wcisnąć na nędzną furmankę i jechać. Ale dokąd? Przed kim i przed czym mamy uciekać? Pojechaliśmy w jakieś niedalekie lasy, ja niosłem na rekach naszego nowego pieska i chowałem się pod każdym krzakiem, gdy tylko słyszałem, chociaż nie widziałem jakiegoś samolotu.
Kilka dni później, nie wiadomo przez kogo zawieszone były ogłoszenia w rodzaju "Ludzie! Wracajcie do domów! My, dobrzy Niemcy nie walczymy z polską ludnością. My walczymy z polskim wojskiem!" Jakie obłudne były te słowa! "Dobrzy” Niemcy dopiero przygotowywali terror dla polskiej ludności. Jakoś ominął nas front, tylko z daleka słychać było strzały. Ale będąc już blisko naszej wsi, tuż przy drodze, zobaczyliśmy piękne, osiodłane, ułańskie, martwe konie. Niedaleko od nich na drodze jak sito cywilny samochód, a w nim nieżywy człowiek. Nigdy się nie dowiedziałem, czyje to były kule...(...) Z żalem przychodziły mi na myśl puste słowa, "nie damy płaszcza, ani guzika". Nie pomogły nikomu zbierane w szkołach dziecięce grosze, na obronę. Nie pamiętam już, kiedy zaślepieni wracaliśmy do szkoły, ale to nie była już nasza szkoła, to była niemiecka propagandówka. Z biegiem czasu sytuacja życiowa się pogarszała. Należało oddawać wrogowi żywność, której sami ludzie nie posiadali, nastąpiły więc kary. W nocy niespodziewanie łomotali karabinami do drzwi, porywając młodych ludzi i wysyłając na niewolniczą pracę do Niemiec. Moja starsza siostra Stasia była tą niewolnicą.
Gdy niespodziewanie Niemcy zaatakowali Rosję, była mała nadzieja, że zmieni się sytuacja. Ale kiedy? W nocy i w dzień blisko naszego domu przewalały się ciężkie armaty i niezliczone masy wojsk ma wschód. Jest zima a gromada ludzi oczyszczała szosę od śniegu, to byli Żydzi, których pilnował żydowski policjant, trzymając karabin na plecach. Oni mieli jeszcze przywileje. W niedalekim żydowskim miasteczku Żarki, oni dalej zachwalali swój towar w sklepach, oni dalej oszukiwali. Moja mama nie miała pieniędzy, ale jakoś zgromadziła masło, kurze jajka albo i kurę. Druga siostra, Józia, będąc z zawodu krawcową potrzebowała dużo nici na drewnianych szpulkach. A dla mnie-buty! Zazdrość kolegów w szkole.
Jest jesień, mogę przejść przez wodę, kilka kroków od domu. Tymczasem mama każe mi podnieść nogi do góry, z przerażeniem patrzę, jak dwie tektury odrywają się od butów, zamiast skurzawkach zelówek. A tymczasem Józia lamentuje, że pod kilkoma zwojami nici jest gołe drewno! (Żydzi po prostu oszukiwali).

Rok 1941

„Za pomoc Żydom groziła kara śmierci, zabijano wtedy całą rodzinę” – taki był wydany rozkaz naszych dobrych opiekunów. Był późny wieczór, gdy usłyszeliśmy stukanie do drzwi. Tata otwiera drzwi, a mnie serce staje. Do izby wchodzi osiem, czy siedem rosłych mężczyzn, Żydów, nie znających polskiego języka. Jeden z nich próbuje coś powiedzieć, że ktoś go próbował „bić kijem nad głową” i chcą się tu przespać! Ja zdaję sobie sprawę z sytuacji i zamarłem z wrażenia, a tymczasem widzę, jak tata przynosi słomę ze stodoły i rozkłada ją na podłodze. Nie ma już miejsca w izbie, dlatego poszliśmy spać z bratem do stodoły. Gdy weszliśmy rankiem de domu, ich już nie było. I nagle uderzyła mnie myśl, że nasz tata jest bohaterem! Doszła do nas wiadomość, że jeden z wujków (Smoleni Wincenty) został wrzucony do karceru w Oświęcimiu, za niesienie w plecaku większej ilości żywności, gdyż uznano to za niedozwolony handel. Niemcy wyrwali nam część kraju chcąc dołączyć ją do tak zwanej Rzeszy i zaludnić ją swoimi ludźmi, a wyrzucić polską społeczność, głównie przez głód. Ta sztuczna granica biegła jeden kilometr przed naszą wsią, w tyle za nami była generalna Gubernia.
Nasi ludzie nie próżnowali. Mieliśmy przecież murowaną remizę, którą przerobili na większą kaplicę z solidnym dzwonem na dachu, znalazł się też ksiądz, młody i pracowity. Wkrótce znaleźli się koledzy ze szkoły, bardzo "religijni” do nauki Łaciny – bo to jeszcze dawne czasy. Byłem także ja z moim starszym bratem, Edkiem. Był tylko jeden problem, że mieliśmy zwykle jedne buty. Jeszcze gorzej było, gdy była moja kolejka na noszenie butów, a Edek się gdzieś z butami zapodział.

Rok 1942, zima

Jak bardzo dawno nie widzieliśmy już chleba! Ziemniaki w piwnicy prawie że zgniłe. Kurze jajka to na sprzedaż, koszule są już podarte. Mleko? Tylko dla Niemców i nie oszukiwać, nie dolewać wody. Podarte spodnie można załatać innymi. Naszej mamy często nie widać, chodzi gdzieś po wsiach, może jej się uda kupić jakiejś kiełbasy, a może mąki i będzie mogła je sprzedać wygłodniałym ludziom w dalekim mieście? Ale tu trzeba przejść przez granicę nocą, po różnych wertepach, aby nie być złapanym, dwanaście kilometrów do celu, dźwigając ciężki toboł na placach. Teraz wprowadzili prawo, że nie będą karać więzieniem, ale śmiercią. Mama musiała być świadoma tej kary, ale widocznie pomoc głodującym była dla niej ważniejsza. Nocą, po śniegu i wertepach, przy księżycu, musiała być widoczna dla mundurowej straży z karabinami. Podobno był tylko jeden strzał w głowę. Dostaliśmy wiadomość ze szpitala. Modliłem się, nadaremnie. Mama umarła, a ja chciałem umrzeć razem z nią.

Kończyłem szkołę z bardzo dobrym wynikami, ale ja nie widziałem dla siebie żadnej przyszłości, wpadłem w jakąś znieczulicę. W domu pustka, tato szlocha wieczorami. Pewnego dnia, będąc sam w domu wpada sąsiad i jak w gorączce woła, że zjawiła się we wsi (zresztą, jak zwykle, uzbrojona) żandarmeria i aresztowała ojca, za nie oddanie przepisanej żywności. Grozili mu rozstrzelaniem. Mój Boże, to już nawet dla nas nie było co jeść. Zrozpaczony pobiegłem na miejsce prosząc o widzenie taty, który był zamknięty w remizie strażackiej. Trudny był do rozpoznania, miał siwe już włosy i zmienioną twarz. "Synu, mówi, tam pod dachem, na suficie jest mały worek z nasionami", (nie pamiętam już jakimi) „przynieś go tutaj. Niczego więcej już nie mamy." A ja do tej pory nie wiem co było w tym worku, mnie to było obojętne. Przyniosłem to pod nogi dwóm uzbrojonym olbrzymom (to nie byli normalni ludzie) i błagalnym wzrokiem patrząc, mówię, że już nic więcej nie mamy. Olbrzym popatrzył na mnie z dużej wysokości i machnął ręką. Poczułem dziwną słabość. Tata uratowany!

Rok 1943/44

Nie wiem jak i kiedy brat Edek zabrany został do Niemiec na roboty, bo łapanki stały się już nawet przy pomocy polskich strażaków. Przeczuwając, że może się to zdarzyć nawet mnie młodemu, postanowiłem przenieść się do wujostwa Smoleń w Hucisku. Wujek Janek to żołnierz i patriota, a także partyzant. Usłyszałem jak powiedział kolegom: "Odbiorę sobie życie, jak Polska nie będzie wolna".

Nie wiem, jak to się stało, czyżby ktoś ich napuścił? W spokojny jasny dzień do domu Smoleniów ktoś mocno zapukał do drzwi, gdy byłem sam. Wchodzi dwóch młodych drabów w mundurach z karabinami i nic nie mówiąc, tylko pokazując, karzą mi iść z nimi do samochodu. Pokazuję im szkolną legitymację, ale ona dla nich nic nie znaczy. Jedziemy przez naszą wieś obok naszego domu, więc proszę ich, że chcę się z rodziną pożegnać. Nic z tego, tylko jeden z drabów podskoczył do chałupy i przynosi mi mojej mamy kurtkę, bo przecież była zima. Byłem zawieziony do opuszczonego prawie miasteczka Żydów Żarki i tam zamknięty.
Nieoczekiwanie odwiedził mnie tata, i szeptem powiedział, że wujek Janek, żołnierz i partyzant mnie wyciągnie. Ojca już nigdy więcej nie widziałem. Mnie wkrótce z innymi ofiarami wywieziono do głównego obozu w Częstochowie. Także zbieranina dzieci z Rosji tam trafiła. W krótkim czasie nasz transport ruszył do Niemiec. Po wojnie dostałem z domu list, w którym było napisane, ze mój transport do Niemiec wyjechał wcześniej i wujek Janek nie zdążył mnie odbić. Bardzo ubolewał z tego powodu i płakał, zginął później w walce z Niemcami. Czy był to jego odwet za wszystkie niemieckie okrucieństwa ? Trudno powiedzieć, on w tajemnicy należał do polskiej partyzantki. Tak bardzo wbiło mi się w pamięć, gdyż potajemnie podchwyciłem jego przepowiedź do kolegów partyzantów, że straci życie, gdy Polska nie będzie wolna.

Byłem sam w przedziale wagonu pociągu, który jechał już do Niemiec, ale czuwała też z karabinami policja dyskretnie nad innymi wyłapanymi ofiarami, których nie widziałem.

Po wielu godzinach, wieczorem pociąg stanął i wysypała się z niego mała grupa polskiej młodzieży, na których już czekała grupka wolnych kupców, prawdopodobnie bauerów – gospodarzy ziemskich. Każdy z nich wybierał sobie tych osiłków na oko. Byłem przerażony. Cóż oni ze mną zrobią? Mam tylko 15 lat, marnego wzrostu, nie znałem żadnej pracy, zostałem sam. Słyszę, jak ostatni wolny kupiec coś mruczy pod nosem i wyłapałem, "zu schwach" za słaby. To jeszcze zrozumiałem. Musiał mieszkać nie daleko od stacji kolejowej, bo nic nie mówiąc, tylko kiwnął, abym szedł za nim, była to zima. Niosąc ze sobą tobołek po śnieżnej dróżce, okropnie byłem zmęczony, spragniony. Cóż mogłem zrobić, jak tylko połykać grudki śniegu po drodze...(…)
Trudno mi wracać, może do nie długiego, ale potwornego okresu swego życia, gdy wyrwany jesteś od rodziny, domu, kraju i rzucony do obcych i obcego kraju.

Co rzucało mi się tutaj w oczy, to nie widoki polskich wsi i chałup położonych z dala od siebie, ale murowanych i piętrowych domów, bogactwo stodół i chlewów, w których chowa się wiele krów, których nie wypędza się na pastwiska, a czyści się je i karmi przy żłobach. Gdy doszliśmy późnym wieczorem do domu, pokazano mi pokój z łóżkiem na piętrze, aby rano zjeść wspólnie śniadanie, a potem pokazano mi szopę w której były drewniane kloce gotowe do rąbania na opał. Jakoś gładko mi to poszło, następnie pokazano mi krowy, które miałem nakarmić sianem. Gdy jednak zacząłem napełniać koszyk sianem, usłyszałem nad sobą wrzask mojego "dobroczyńcy”, że chyba nie robi się tak, tylko inaczej – oczywiście tak jak on to robi, z rozkraczonymi nogami. Ja przeczuwałem od wyjścia z pociągu, że jego pupilem nie będę. A jego niska postać nie pokazywała jego potężnego głosu, doszedłem do tego, że on już wiedział, że jestem "zu schwach", oraz to, że nie znam się na roli (mając piętnaście lat), ale najgorsze jest to, ze nie mówię po niemiecku. Nie długo potem, mając już większą widownię w postaci jego żony i dorosłej córki, robiliśmy coś w ogrodzie, mój dobroczyńca krzyknął do mnie, żebym przywiózł mu na taczce buraki. Niestety, nie znałem niemieckiego, a ten „mądry i dobry" człowiek podbiegł szybko do mnie, krzycząc angysze, "angysze", a w rękach trzymał dwa buraki, którymi głaskał moją twarz – bardzo bolało. Nareszcie poznałem nowy niemiecki wyraz-"Angysze”. To są buraki!

W krótkim czasie, bo około trzech tygodniach, przerzucono mnie do innego miejsca, zwanego Neunkirchen. Bauer, Robert Steiner. Syn Steinera, żołnierza, który walczył na wschodzie z Rosją. U Steinera pracowała również Białorusinka o imieniu Viera. W Neunkirchen pracowało również paru Polaków od dłuższego czasu, z którymi szybko się poznaliśmy. Oczywiście pytali o sytuację w kraju, jak również powiedzieli mi, że kilkanaście dni temu powieszono publicznie Polaka za romanse z Niemką, co było dla Niemców obrazą. Dla nauki, spędzono wszystkich znienawidzonych Polaków na to widowisko.

Rok 1945

Bardzo zmienił się u mnie nastrój, kiedy mogliśmy spotykać się w niedziele w gronie rodaków,. Szkoda tylko, że byłem dla nich za młody i nie mieliśmy równego tematu. Miła mi Viera, która będąc nieco starsza, była dla mnie tłumaczką, chociaż sama niemiecką mowę łamała. Jeżeli chodzi o prace, tak, pracowałem razem z gospodarzami, ale moja praca była prostsza i często lżejsza, ale tam pracują wszyscy. Jedliśmy razem, pytał mnie czasem gospodarz jak i ile mój ojciec miał i co miał, jeśli chodzi o bogactwo w zagrodzie. Byłem mocno zażenowany i mruczałem coś niecoś pod nosem, gdyż byliśmy biedni. Coraz częściej z ucha do ucha przesyłane były wiadomości o walkach na wschodzie i na zachodzie oraz o końcu wojny. Pewnego wieczoru usłyszeliśmy z dala okropne wybuchy i łuny, a wiatr przynosił do nas różnego rodzaju papiery. Okazało się, że amerykańskie naloty rozgromiły doszczętnie ogromne miasto Hellbronn oddalone od nas o 50 kilometrów (krótko po wojnie widziałem te zgliszcza i czułem ludzkie spalone ciała, a mieszkałem kilka kilometrów od tego miejsca w poniemieckich koszarach).

Tymczasem front się zbliżał, a w naszym kierunku parła amerykańska armia. Wyparła resztki niemieckiego wojska przez naszą wieś i otworzyła morderczy ogień z dalekich dział. Przeżyliśmy tą nawałę w piwnicy. Dużo domów zostało obróconych w ruiny. Niestety zginął w tej nawale jeden z naszych polskich kolegów. Niedługo potem została zbombardowana nasza wieś bombami fosforowymi. Ukrywałem się wówczas objęty strachem z niemieckim wojskiem w piwnicy, gdy jeden nich krzyknął – ogień! Przedzierałem się przez to morze ognia i czułem, że to jest już mój koniec. Widziałem śmierć przed oczami, biegłem gdzieś poza domy, a obora i stodoła były w płomieniach. Gdy zgasły płomienie i warkot samolotu ucichł, odważyłem się wrócić, widząc żarzące się jeszcze resztki belek, a między nimi szereg uwiązanych do koryt resztek spalonych domowych zwierząt. Wojna miała się ku końcowi, a my razem jakoś staraliśmy się zrobić porządek po pożarze i ochronić jeszcze to co się dało. Dopiero później dowiedziałem się, że nasz starszy wiekiem Bauer, Robert, odważnie wskoczył do palącego się chlewu i uratował swoje dwa konie, parę krów i „moje” dwa pracujące woły. Tak bardzo je lubiłem - nasz Bauer prawie stracił wzrok przez ten bohaterski uczynek. Był, jak widać, ludzką istotą.

Wojna się skończyła, a będąc w strefie amerykańskiej, podlegaliśmy pod amerykańskie prawo. Nad wszystkimi niewolniczymi pracownikami opiekę przejęła tak zwana UNRA, która organizowała nam wspólne miejsca zamieszkania i wyżywienie, jak również transport, aby powrócić do swoich krajów. My Polacy mieliśmy problem, bo nasz kraj nie był wolny, a oprócz tego na mnie już nikt nie czekał, tylko pustka i groby mojej rodziny. Nie mając jednak innego wyjścia, będąc samotny jak palec, postanowiłem dołączyć do grupy nieznanej mi (ludzie, którzy nie mieli dokąd się udać ) i zamieszkać tymczasowo w barakach, które kiedyś służyły do koszarowania wojsk niemieckich. Moja miła Białorusinka Viera opuściła dom naszych gospodarzy, aby dołączyć do swoich ludzi. Nigdy więcej już o niej nie słyszałem.

Moje odejście z domu moich gospodarzy (dla mnie obcych ludzi) było bardzo smutne, razem ciężko pracowaliśmy przy każdej pogodzie. Jedliśmy z tego samego garnka, razem śmialiśmy się. Gdy zabierałem swój nędzny tobołek "bauerka", gospodyni wcisnęła mi w ręce duży kawał swojego upieczonego chleba, który bardzo lubiłem, podała mi na odejście rękę. Patrząc na jej twarz, widziałem w jej oczach łzy. Byłem wolnym człowiekiem, ale życie moje było bez celu, bez bliskich mi ludzi, bez przyjaciół, gdyż byłem dla wszystkich za młody. Wreszcie z radością po wielu problemach i tarapatach udało mi się wstąpić do nowo powstałej grupy harcerzy, gdzie udało mi się "pokazać swoje zdolności". Niestety, wkrótce "nasz" polsko-komunistyczny rząd użył swojego prawa, aby nam tego zabronić. Po wielu różnych tarapatach i powiększających się grup polskich, tak zwanych "Displaced Persons” (ludzi bezdomnych) przewieziono do pustych koszarów w dalszym dużym mieście, Heilbronn, które to właśnie tak bardzo zostało zbombardowane – o czym mówiłem wcześniej. Ludzie nie mający do kogo wracać i nie chcący wracać do swojego kraju (a żyjący bez celu) żyli w nadziei, że może jakiś kraj, taki jak Kanada, lub Argentyna albo choćby i księżyc otworzy swoje granice dla uchodźców. Nagle tu gruchnęła wiadomość, że Belgia potrzebuje robotników do kopalni. Mając już dosyć marnowania swego życia w obozach, postanowiłem coś ze sobą zrobić, zacząć normalne życie, chociażby pracą w kopalni.

Podróż do kopalni, rok 1947

Chociaż jechaliśmy pociągiem, droga była uciążliwa i długa. Musiała być większa grupa Polaków, których „zgrabnie” umieszczono w „barakach”, które z pewnością należały do kopalni węgla. Byłem niemile zaskoczony, że tak daleko i w innym kraju mamy ponownie żyć w tłumie i spać podobnie na drewnianych piętrowych łóżkach. Przynajmniej były wspólne dobre obiady i dosyć dobrego chleba. Moje pierwsze kroki w pracy to inny świat. Kilkoro ludzi w szalonym pędzie wpada w ciemną czeluść, głęboką na jeden kilometr, gdzie przy sztucznym świetle wpychamy kaski na głowę, w jednej ręce latarka, a w drugiej ciężkie kilofy i inne narzędzia, a potem gęsim krokiem, z pochyloną mocno głową, bo step ma tylko metr dwadzieścia wysokości i czołgamy się w wąską czeluść, aby tam odłamywać twarde kawałki węgla. Ponieważ nie można stać, można tylko pracować klęcząc, a trudno jest klęczeć na ostrych ziarnach węgla przez wiele godzin, więc mogłem tylko wytrzymać ciężki ból w kolanach sześć miesięcy.

Jako ciekawostkę muszę powiedzieć, że nigdy nie mówiłem do nikogo (nawet mi znanego) po pracy, bo każdy z nas był czarny jak smoła. Dopiero odzywały się głosy po wzięciu prysznica, zresztą w wolnych dniach wycieraliśmy z oczu i uszu czarne ślady. Niestety, nie udała mi się moja przygoda belgijska, gdzie był postawiony warunek dla obcokrajowca i każdy musiał odrobić dwuroczną pracę, aby mógł pozostać w Belgii na state. Zaczęło mi się tu podobać, czułem tu ciszę i dobrobyt. Niestety, moje kolana zaczęły mi odmawiać posłuszeństwa. Cóż mogłem zrobić, nie widząc wyjścia z żalem odmówiłem dalszej pracy. Nie czekałem długo, gdy powiedziano mi, żebym był gotów do jazdy, nie wiedziałem dokąd. Zauważyłem ze zdziwieniem większą grupę mówiącą po rosyjsku, do której miałem dołączyć, ale część z nich to przecież osiłki, jakie oni mają zamiary ? Jaką to oni mieli pracę? Po dłuższej jeździe, dojechaliśmy do dużego miasta, które okazało się Brukselą. Byłem bardzo zdziwiony, aż okazało się, że przywieziono nas do więzienia, w którym przebywali niemieccy zbrodniarze wojenni! Osobno, widziałem grupy różnych narodowości, czy oni też pracowali w kopalni i co z nimi rząd Belgi miał zamiar zrobić? Dla nas to było żenujące, że był tylko jeden posiłek dziennie, jakaś ohydna kapusta. Ale pierwszeństwo mieli Niemcy! Nie wiedząc, jaka jest nasza przyszłość, znalazłem się tu prawdopodobnie za niedotrzymanie kontraktu o pracę – to była zbrodnia. Postanowiliśmy zadziałać przez strajk głodowy wymagając wolności i odwiezienia nas do miejsca, z którego wyjechaliśmy. Zrobiliśmy to, ale my Polacy musieliśmy przejść polską konsularną próbę, nakłaniają nas do powrotu do kraju. Boże mój! Jak bardzo potrzebowałem bliskiej mi osoby, która by mi mogła powiedzieć, tak albo nie. Czułem gorączkę, gdy pani w wojskowym mundurze wcisnęła mi pióro w rękę! Próbowałem ją przekonać, że NIE, że nie mogę wracać, ale ona tego nie rozumiała. Jednak gdy położyłem pióro na stół, pozwoliła mi wyjść. Powróciłem do Heilbronnu w Niemczech, do koszar i do znajomych mi osób, których kilkanaścioro mieszkało w jednym dużym pokoju, z żelaznymi wojskowymi łóżkami. Chyba byli to ci sami ludzie, a ja najmłodszy wśród wszystkich. Czy byłem szczęśliwy wracając do nich? Nie! Bo widziałem i czułem w nich te smutne beznadziejne twarze, nie widząc w nich przyszłości. Aż tu nagle doszła do mnie wieść, że w niedalekim ładnym miasteczku Ludwigsburg, amerykańska organizacja dla uchodźców, czyli "displayed persons – LRO" zorganizowana techniczną szkołę dla różnych fachów. Mój Boże, cóż to dla mnie za szczęście! Jechałem tam z radością. Zamieszkałem w internacie w pięcioosobowym pokoju. Tam też poznałem starszego Warszawiaka z bardzo tragiczną przeszłością, który stał się w długiej przyszłości moim towarzyszem, nazywał się Zygmunt.

Rok1948/49

W krótkim czasie ukończyłem swój trening jako tokarz z bardzo dobrymi ocenami, chociaż wykłady mieliśmy w języku niemieckim, którego dobrze nie opanowałem, ale mogłem zostać czeladnikiem. Jednak w niedługim czasie moje życie zmieniło się o sto procent. Jakie ono by było, gdyby sytuacja się zmieniła, praca również, a ja sam, w obcym nieprzyjaznym mi kraju ( Niemcy)? A tymczasem gruchnęła z nieba wiadomość, że Australia otwiera swoje granice i przyjmuje emigrantów, ale tylko mężczyzn i rodziny z dziećmi. Potrzebują tylko mężczyzn do pracy! Dziwnie i nieludzko, nie przyjmowano wolnych kobiet... (...) Mój znajomy Zygmunt nie mając nikogo w kraju chętnie przyjął tę wiadomość i przygotowywał się do wyjazdu. Sugerował, żebym i ja zrobił to samo. Myśl ta przerażała mnie, kiedy w wyobraźni widziałem jakąś wyspę na końcu świata z daleka od naszego kraju. Z ciężkim sercem, jak zawsze sam, niechętnie przywlekłem się do biura podroży i poddałem się badaniom lekarskim. Byłem prawie nieprzytomny, gdy badało mnie dwóch lekarzy i uznali, że jest coś złego z moim sercem, które za szybko biło. Ale pozwolili mi iść, bytem zmęczony. Pozbierałem jak zwykle swoje klamoty i czekałem na pociąg do Włoch, Neapolu. Aby nie zginąć, kurczowo trzymałem się ludzi, którzy jadą w tym samym kierunku i udało mi się. Gdy poznałem starszego ode mnie chłopaka Adama, z którym to pociągiem i statkiem dotarliśmy do samego celu, nawet zamieszkaliśmy razem w Tasmanii, w mieście Launceston.

Koniec części pierwszej.

Fotografia: Marek Maciejewski
Reportaż : Marek Maciejewski
Czas relizacji: 2023
Miejsce realizacji: Australia,
Poznaj i wesprzyj autora Tutaj

 
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakikolwiek sposób, za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz przechowywana w systemach gromadzenia i udostępniania danych bez zgody właściciela praw autorskich

powered by social2s
Image

Sklep

Change language